ADHD i odpoczynek – dlaczego odpoczynek też męczy
Masz wolny wieczór, masz plan, a kończysz z telefonem w ręce – ani nie odpocząłeś, ani nic nie zrobiłeś. O ziemi niczyjej między odpoczynkiem a działaniem i o tym, dlaczego wolny czas tak często nie regeneruje.
Przed tobą dwie, może trzy godziny, które nie należą do nikogo oprócz ciebie. Jest wieczór. Powiedzmy, że wtorek, choć równie dobrze może być to każdy inny dzień. To, co miało być zrobione, jest zrobione – albo przynajmniej przesunięte na jutro. Masz nawet plan, jak się w tym czasie zrelaksujesz. Może nawet kilka. Książka, która leży przy łóżku od miesiąca. Gra, do której chcesz wrócić. Trening. Gorąca kąpiel. Albo po prostu położyć się i nic nie robić – to też brzmi świetnie.
Ale jak przychodzi co do czego, odzywa się drugi, bardzo rozsądny głos: dobra, tylko najpierw. I wjeżdża lista. Wiadomość, która wisi od trzech dni. Pranie. Papiery. Coś, co wypadałoby przygotować na pojutrze. Przecież nie usiądziesz z czystym sumieniem do gry czy innej formy „nicnierobienia”, kiedy tyle rzeczy czeka. Więc nie zaczynasz nic nie robić. Ale nie robisz też tego, co podpowiedział głos – bo po całym dniu zwyczajnie nie masz już na to siły.
I gdzieś pomiędzy jednym a drugim do ręki trafia telefon. Masz go w ręce, zanim w ogóle zdążysz o tym zdecydować. Dwie godziny później nadal „decydujesz”. Kciuk przesuwa rzeczy, których nie będziesz nawet pamiętać. Robi się późno. Za późno na grę, za późno na zaległości i powoli nawet za późno na porządny sen. Wieczór, który należał tylko do ciebie, właśnie się skończył. Nie było w nim ani odpoczynku, ani roboty.
Znasz to dziwne uczucie następnego dnia? Nie do końca zmęczenie czy poczucie winy. Raczej coś w stylu: był czas i go nie było, jednocześnie. Poczucie straty. Jest takie miejsce pomiędzy odpoczynkiem a działaniem. Trafiasz tam, kiedy jesteś zbyt zmęczony, żeby działać, i zbyt spięty, żeby naprawdę odpocząć. Ziemia niczyja. Da się na niej spędzić wieczór. Da się również cały weekend. Opowiadam o tym też w filmie poniżej; tu rozkładam to spokojnie na części.
Pełny film na YouTube
Dwoje zamkniętych drzwi – ani odpoczynek, ani działanie
Wróćmy do tego wieczoru, w którym masz czas dla siebie. Bo pomiędzy „mam czas” a telefonem w ręce dzieje się znacznie więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.
Po jednej stronie masz odpoczynek. Rzeczy, na które często czekasz cały tydzień. Jednak pojawia się pewien problem: wraca do ciebie stara zasada – najpierw obowiązki, potem przyjemności. Albo jej jeszcze bardziej radykalna wersja: na odpoczynek trzeba sobie zasłużyć.
W szkole taka zasada nawet działała. Lekcje dało się odrobić i po nich naprawdę było wolne. Dorosłość tak nie działa. Lista spraw nie ma końca, nikt nie ogłasza fajrantu i zawsze jest coś, co wypadałoby jeszcze zrobić. Więc „najpierw skończ” zamienia się w „nigdy”.
Po drugiej stronie jest działanie. I niekoniecznie chodzi o to, że ci się nie chce. Często chcesz działać. Wiesz, że gdybyś poświęcił dziesięć minut na zaległą wiadomość, zdjąłbyś ten ciężar z głowy na resztę wieczoru. Tylko że po całym dniu nie masz już siły nawet na te dziesięć minut.
Obie te możliwości są przed tobą, ale żadna nie jest naprawdę dostępna. Wtedy pojawia się coś trzeciego. Telefon. Bezmyślne klikanie. Zaglądanie do lodówki bez głodu. Albo wciągnięcie się w jakiś temat, który daje ci poczucie, że przynajmniej robisz coś sensownego. Coś, co nie jest ani odpoczynkiem, ani działaniem. Nie musi nawet być szczególnie przyjemne. W ten sposób może zniknąć nie tylko wieczór, ale cały dzień, a czasem nawet weekend.
Sobota w zawieszeniu
Sobota. Bez planów, bez zobowiązań – czysta przestrzeń. Jeszcze w piątek sama myśl o niej cieszy: w końcu będzie czas. Może na odespanie, może na ruszenie rzeczy, które czekają od tygodni. Może na jedno i drugie, przecież jest na to mnóstwo czasu.
Potem zaczynają się negocjacje. Jeszcze kawa, jeszcze chwila z telefonem na rozruch. Od jedenastej coś zaczynam. O jedenastej: dobra, po jedzeniu. Po jedzeniu przychodzi ciężkość, więc może najpierw chwila odpoczynku. Kiedy próbujesz odpocząć, znowu odzywa się ten głos: spora część dnia jest już za tobą, a ty dalej nic nie zrobiłeś. W końcu wstajesz z kanapy z postanowieniem, że jednak coś ruszysz. Ale znowu lądujesz z telefonem w ręce. Przesuwasz wszystko o godzinę. Potem o następną. I tak aż do wieczora.
Ktoś pod jednym z filmów nazwał taki dzień sobotą w zawieszeniu. Miał być pełen możliwości, ale ostatecznie ani nie zrobiłeś tego, co planowałeś, ani nie odpocząłeś. Niby nic się nie stało, a takie „nic” potrafi zmęczyć bardziej niż niejeden ciężki dzień w pracy.
Często wraca też inna historia, w różnych wersjach. Ktoś ma do skończenia projekt, więc nie pozwala sobie ani włączyć gry, ani wyjść na rower. Najpierw projekt. Pięć godzin później nadal siedzi przy komputerze i przez cały ten czas ogląda rolki. A ten włączony komputer to chyba najważniejszy szczegół tej sceny. Zamknięcie go oznaczałoby przyznanie: dzisiaj już nic z tego nie będzie. Dopóki jest włączony, nadal możesz sobie mówić, że zaraz zaczniesz. A rolki lecą niby obok, tylko na moment – i w tym „na moment” znika całe popołudnie.
Czy to lenistwo? Ta etykieta niewiele tutaj wyjaśnia. Nie było w tym ani przyjemności, ani świadomego wyboru.
Poczucie winy działa zresztą w obie strony. Kiedy próbujesz odpoczywać, wszystko, co niezrobione, cały czas przypomina o sobie. Kiedy zabierasz się do roboty, pojawia się żal, że znowu mija dzień, w którym nie miałeś czasu dla siebie.
W niedzielę wieczorem bilans wygląda znajomo: wolne było, odpoczynku nie było. Bo wolny czas często jest tylko miejscem w kalendarzu. Odpoczynek musiałby się w nim jeszcze wydarzyć.
Na odpoczynek trzeba zasłużyć? Na co cię jeszcze stać
„Na odpoczynek trzeba sobie zasłużyć” – przez lata była to również moja zasada. Pewnie nie nazwałbym jej wtedy wprost. To był po prostu jedyny tryb, jaki znałem, a nicnierobienie było wręcz powodem do wstydu. Odpoczynek był dla mnie stratą czasu. Godziny, które niczego nie pchały do przodu, wydawały mi się godzinami przegranymi. Kiedy się zatrzymywałem, miałem poczucie, że stoję w miejscu, a wszystko inne jedzie dalej. Jeśli nie szedłem do przodu, miałem poczucie, że się cofam.
W jednej serii badań nad czasem wolnym wyszła dość przewrotna rzecz. Już samo przekonanie, że odpoczynek jest stratą czasu, może zmniejszać przyjemność z rzeczy, które robisz tylko dlatego, że je lubisz. Możesz leżeć, oglądać coś, grać albo czytać i jednocześnie cieszyć się tym mniej, bo część głowy cały czas sprawdza, czy nie powinieneś teraz robić czegoś bardziej sensownego. Serial oglądany w takim trybie nie jest już do końca serialem. To serial i wisząca nad głową lista rzeczy do zrobienia.
Może to częściowo wyjaśniać, dlaczego wiele osób ze społeczności – w tym ja – mówi, że nocą wszystko przychodzi łatwiej. Również oglądanie serialu czy zwykłe nicnierobienie. Noc już niewiele od nas chce. O tej porze raczej nie zaczniemy sprzątać, uczyć się ani zabierać do ważnego projektu, więc część wewnętrznego targowania się po prostu cichnie.
W tym miejscu zwykle pojawia się rada: pozwól sobie odpocząć, daj sobie do tego prawo. Ta rada sama w sobie jest świetna. Dla części osób samo usłyszenie, że regeneracja nie jest fanaberią, naprawdę może coś zmienić. Tylko że samo pozwolenie nie zawsze wystarcza. Możesz powiedzieć sobie: dobra, dzisiaj legalnie odpoczywam – i nadal nie potrafić wejść w odpoczynek. Bo problem nie zawsze kończy się na tym, czy sobie pozwalasz. Czasem na większość rzeczy, które mogłyby ci pomóc, po prostu nie masz już siły.
Każda czynność ma próg wejścia
Każda czynność ma jakiś próg wejścia. Nawet przyjemna – chociaż często zachowujemy się tak, jakby sama przyjemność miała wystarczyć, żebyśmy od razu ruszyli. Książkę trzeba otworzyć i przebrnąć przez pierwsze strony, zanim naprawdę cię wciągnie. Na rower trzeba się przebrać, wyjść i przejechać pierwsze kilometry, a początek wcale nie musi być aż tak fajny. Nawet leżenie w ciszy ma swój próg – zgodę na to, że za chwilę odezwie się głowa i zacznie wyciągać wszystko, z czym wcześniej nie było czasu się zmierzyć.
Kiedy masz dużo siły, tych progów praktycznie nie odczuwasz. Wchodzisz w nie z rozpędu. Ale pod koniec ciężkiego dnia każdy z nich zaczyna wyglądać jak potężna przeszkoda. A próg zazwyczaj jest dokładnie taki sam. To ty masz mniej siły, żeby przez niego przejść. Ciebie jest mniej.
I wtedy niekoniecznie wybierasz to, czego najbardziej potrzebujesz. Wybierasz to, na co jeszcze cię stać. Może najlepiej zrobiłby ci sen, ale położenie się o dwudziestej pierwszej wygląda jak porażka. Może pomógłby ruch, tylko jak do niego wystartować? Może chciałbyś zadzwonić do kogoś bliskiego, ale nie czujesz się na siłach do sensownej rozmowy. A nasz kochany telefon też ma swój próg, właściwie próżek. Tak niski, że prawie go nie widać. Nie trzeba się przebierać, nigdzie wychodzić ani utrzymywać uwagi przez pierwsze kilka minut. Wystarczy wziąć go do ręki.
Nie chodzi mi o to, że telefon jest tutaj winny. Pół godziny oglądania głupot potrafi czasem zrobić dokładnie to, czego potrzebujesz – na chwilę odłączyć głowę. Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie wybierasz telefonu dlatego, że masz ochotę właśnie tak odpocząć. Zostaje po prostu jako jedyna rzecz, do której masz jeszcze dostęp. Ulga też jest potrzebna. Czasem to jedyne, na co masz jeszcze siłę, i nie ma sensu robić z tego kolejnego problemu. Tyle że ulga nie zawsze zmienia stan, z którym wchodzisz w wieczór. Przez chwilę jest lżej. Po odłożeniu telefonu może się okazać, że nadal jesteś w tym samym miejscu, a do tego dochodzi jeszcze żal.
Czasem nawet dobrze wiesz, czego potrzebujesz. Snu. Ciszy. Wyjścia z domu. Chwili bez ludzi. Tylko że nie masz na to czasu, warunków, pieniędzy albo kogoś, komu możesz na chwilę przekazać obowiązki i zaufać, że sobie z nimi poradzi. Samo rozpoznanie potrzeby nie sprawia jeszcze, że da się ją zaspokoić. U mnie ADHD dokłada sporo do tej mechaniki. Kiedy jestem już zmęczony, przejście do innej czynności potrafi być jeszcze trudniejsze, a telefon często wygrywa samą dostępnością. Ale nie trzeba mieć diagnozy, żeby znać ten stan.
Do tej pory pytanie brzmiało mniej więcej tak: mam czas, więc dlaczego nadal nie odpoczywam? Tylko że możesz mieć czas, pozwolić sobie na odpoczynek, a mimo to sięgnąć po coś, co wcale nie odciąża tego, co jest w tobie zmęczone. I wtedy pojawia się inne pytanie: od czego właściwie próbuję odpocząć?
Od czego próbujesz odpocząć – dwa różne „padam na ryj”
Wyobraź sobie dwa zupełnie różne dni. Pierwszy: osiem godzin na nogach – noszenie, chodzenie, praca rękami. Drugi: osiem godzin na krześle, w spotkaniach, mailach i decyzjach. Oba kończą się tym samym słowem – „padam na ryj”. Ale to są dwa zupełnie różne „padam”. Po pierwszym ciało jest zajechane, a głowa bywa zaskakująco czysta. Po drugim ciało przez cały dzień prawie się nie ruszało, tylko tkwiło w jednej wymuszonej pozycji, a w głowie została mgła. Zużyło się coś innego: uwaga, cierpliwość, zdolność do podejmowania kolejnych decyzji i ciągłe trzymanie się w formie przy ludziach.
Oba te dni kończą się na tej samej kanapie. Po pierwszym leżenie jest dokładnie tym, czego potrzebujesz. Ciało dostaje spokój i to może wystarczyć. Po drugim ta sama kanapa działa inaczej, bo bezruch nie wyłącza tego, co przez cały dzień pracowało w głowie. Głowa dalej mieli. Możesz nie ruszyć się przez trzy godziny, wstać z kanapy w tym samym stanie i pomyśleć: odpoczywanie się nie udało.
Dlatego samo „jestem zmęczony” niewiele mówi. Co się dzisiaj we mnie właściwie zużyło? Uwaga? Cierpliwość? Ciało? Zdolność do bycia dostępnym dla innych? „Zmęczony” to często za mało, żeby zrozumieć, czego właściwie potrzebujesz. Chociaż czasem odpowiedź może być banalna: po prostu jesteś niewyspany.
Ta sama czynność może jedno odciążać, a drugie męczyć. Spacer zabiera cię od ekranu i decyzji, ale kosztuje trochę ruchu – po dniu na nogach może nie być najlepszym interesem. Gra po dniu pełnym chaosu potrafi dać jasne zasady i poczucie, że coś od ciebie zależy, tylko że oczy i uwaga dalej robią to samo. Spotkanie z ludźmi może naładować, jeśli brakowało ci kontaktu, i dobić, jeśli to właśnie bycie z ludźmi drenowało cię przez cały dzień.
Dlatego pytanie „czy granie to odpoczynek?” nie ma jednej sensownej odpowiedzi. Zależy, co masz zużyte. Zależy, co ta gra akurat ci oddaje – i co dalej pobiera. To samo dotyczy spaceru, serialu, ciszy czy spotkania z kimś bliskim.
Samo rozpoznanie też nie załatwia sprawy. Możesz wiedzieć, że potrzebujesz snu, ciszy albo wyjścia z domu, i nadal nie mieć na to czasu, prywatności, pieniędzy albo kogoś, komu możesz na chwilę przekazać obowiązki. Wiedzieć, czego potrzebujesz, i mieć do tego dostęp to dwie różne rzeczy.
Pełny gaz i ściana
U mnie odpoczynek bardzo często oznacza ruch. Spacer, góry, sport, czasem dłubanie przy czymś, co trzeba rozgryźć. Z zewnątrz może to wyglądać jak kolejna robota, a nie odpoczynek. Ale po dniu, w którym zużywa się głównie głowa, fizyczny wysiłek daje mi klarowność, której nie umiem wyleżeć. Ciało dostaje zadanie – i głowa nareszcie ma trochę spokoju.
Jak ważną częścią mojego funkcjonowania był sport, zrozumiałem dopiero wtedy, kiedy intensywny ruch wypadł mi z życia. Dopiero wtedy zobaczyłem, że nie straciłem po prostu czegoś, co lubię robić. Straciłem sposób, w jaki rozładowywałem napięcie i porządkowałem myśli – kawał systemu regulacji, którego istnienia nawet nie zauważałem, dopóki działał. Musiałem zacząć szukać czegoś, co przejmie choć część tej funkcji. Ruch mi pomagał, bo odciążał właśnie to, co było przeciążone.
Tylko że pozostawanie w ruchu nie zawsze oznaczało u mnie regenerację. Czasem ruch naprawdę mnie odciążał, a czasem po prostu nie pozwalał mi się zatrzymać.
Działanie ma świetną opinię. Nikt cię nie zapyta z troską, czemu znowu coś robisz. Praca, nauka, rozwój, kolejny projekt. W komentarzach często wracał ten sam motyw: ucieczka przed zatrzymaniem, za którą świat jeszcze klepie po plecach. Ruch może odciążać. Może też chronić przed tym, co przychodzi do ciebie w ciszy.
Ja tak żyłem długo. Sto procent tak długo, jak się dało – aż do ściany. Potem przymusowy postój, którego nie wybierałem, bo coś nie dawało już rady. A w bonusie – pretensje do siebie, że się zatrzymałem. A jak tylko wracały siły – z powrotem do stu procent, plus kilka procent więcej, żeby nadrobić to, co „zmarnowałem” podczas postoju. W tym rytmie odpoczynek nie był czymś, co wybierałem. Był awarią – przydarzał mi się, kiedy organizm mówił dość. Nie znałem średniej prędkości, na której da się jechać długo.
Kiedy samo odpuszczenie nie pomaga
Można by pomyśleć: skoro problemem jest ciągły pełny gaz, rozwiązaniem będzie zdjąć nogę z gazu. To brzmi całkiem logicznie. Sprawdziłem to na sobie. Mam za sobą mniej więcej rok niemal całkowitego odpuszczenia. Bez gonienia, bez celów, bez pchania czegokolwiek do przodu.
Nie zrobiło się lepiej. Myślę, że ostatecznie wyszło mi to nawet na minus.
Owszem, zeszło zmęczenie jednego rodzaju. Ale kiedy zniknął ciągły wysiłek, w jego miejsce wcale nie pojawił się spokój. Brakowało kierunku. Wyzwania. Poczucia, że cokolwiek się we mnie rozwija, że uczestniczę we własnym życiu i w tym, co dzieje się wokół mnie, a nie tylko wszystko przeczekuję. Sam brak wysiłku tego nie zastąpił.
Przeciążony i niedostymulowany jednocześnie
Długo zastanawiałem się, dlaczego nie zadziałał ani pełny gaz, ani całkowite odpuszczenie. Z czasem zrozumiałem, że da się być jednocześnie przeciążonym i niedostymulowanym. Mieć za dużo jednego – obowiązków, decyzji, powtarzalności, spraw do ogarnięcia – i równocześnie za mało czegoś zupełnie innego: ciekawości, wpływu, różnorodności, poczucia sensu. Wtedy samo „mniej” nie pomaga, bo zmniejsza przeciążenie, ale nie daje ci tego, czego cały czas brakuje.
ADHD oczywiście dokłada u mnie do tego swoją cegiełkę – potrzeba stymulacji i różnorodności zawsze dość głośno domagała się swojego.
Ktoś ze społeczności opisywał przejście z monotonnej pracy do trudniejszej, ale bardziej różnorodnej i twórczej. Nadal pracował dużo, może nawet więcej, a jednak funkcjonował lepiej. Bo czasem nie męczy nas tylko nadmiar. Męczy nas również to, czego w tym nadmiarze brakuje.
Dziś dobry wolny dzień nie musi oznaczać, że nic nie robię. Nie przypomina jednak ani pełnego gazu, ani tamtego roku całkowitego odpuszczenia. Jeśli się wyśpię i rano nie wpadnę od razu w telefon, często łapię rytm bez większego przepychania się ze sobą. Wpadają pomysły, siadam do scenariusza albo nagrywam, jak piszę po kartkach. Jedna rzecz przechodzi w następną. Montażu w wolny dzień nie tykam, bo wiem, że odbierze temu dniu lekkość. Potem spacer z psem, jedzenie na mieście, rozmowa z wami w komentarzach czy na Discordzie.
Taki dzień ma kierunek, ale nie jest walką. Nie chodzi przede wszystkim o to, ile zrobiłem. Bardziej o to, że przez większość dnia nie musiałem się ze sobą targować.
Czego weekend nie naprawi
Odpoczynek może pomóc odzyskać część tego, co zostało zużyte. Nie zmienia jednak automatycznie warunków, przez które regularnie wracasz do tego samego stanu. Jeżeli każdy kolejny dzień przynosi tę samą monotonię, ten sam rodzaj napięcia i to samo poczucie, że nic od ciebie nie zależy, nawet naprawdę dobra sobota może pomóc tylko na chwilę. W poniedziałek wracasz do tych samych warunków.
Nie chodzi o to, żeby po jednym nieudanym weekendzie podważać całe swoje życie – pracę, związek czy miejsce, w którym mieszkasz. Ale jeśli od dłuższego czasu żaden wolny dzień nie przynosi nawet chwilowej ulgi, warto przynajmniej dopuścić możliwość, że problem nie leży wyłącznie w sposobie odpoczywania.
I tutaj trzeba pamiętać o dwóch rzeczach naraz.
Pierwsza: jeden gówniany dzień nie musi nic znaczyć. Wieczór spędzony w całości w telefonie. Sobota w zawieszeniu. Niedziela w piżamie do siedemnastej. To się zdarza. Przez lata rozliczałem każdy taki dzień osobno, jakby każdy dowodził mojej dysfunkcjonalności. A największa zmiana nie przyszła u mnie z żadnej techniki odpoczywania. Przyszła z krótkiego zdania, którego musiałem się nauczyć: no i co? Potrzebuję tego. Leżę cały dzień – no i co, potrzebuję tego. To nie rozwiązuje problemu, ale też nie pozwala robić z jednego dnia kolejnego dowodu przeciwko sobie.
Druga: wzorzec to co innego niż pojedynczy dzień. Jeśli każdy wieczór wygląda tak samo, jeśli każdy weekend kończy się tym samym bilansem – wolne było, odpoczynku nie było – to nadal nie jest wyrok. Ale może być informacją. O rodzaju zmęczenia, które nosisz. O czymś, czego brakuje, chociaż z zewnątrz wszystkiego jest aż za dużo. Albo o życiu, do którego co tydzień wracasz – i od którego nie wystarczy odpocząć.
Więc kiedy następnym razem wylądujesz z telefonem na kanapie i wieczór zacznie się rozpływać – odpuść sobie śledztwo. Ale gdzieś obok, bez pośpiechu i bez rozliczania się, możesz postawić sobie drugie pytanie. Nie: „dlaczego znowu nie odpoczywam?”. Tylko: od czego ja właściwie próbuję odpocząć – i czy sam odpoczynek może to naprawić?
Krótko: dlaczego przy ADHD odpoczynek tak często nie regeneruje?
Wolny czas to jeszcze nie odpoczynek. Po ciężkim dniu wiele osób utyka pomiędzy – za zmęczonych, żeby działać, i za spiętych, żeby odpocząć – więc czas wypełnia to, co ma najniższy próg wejścia, najczęściej telefon. Sprzyja temu przekonanie, że na odpoczynek trzeba zasłużyć (lista obowiązków w dorosłości się nie kończy), a badania nad czasem wolnym sugerują, że traktowanie odpoczynku jak straty czasu zmniejsza przyjemność nawet z rzeczy, które lubisz. Przy ADHD dochodzi trudność z przełączaniem się między czynnościami i silna potrzeba stymulacji – dlatego samo „odpuść” nie zawsze pomaga: można być jednocześnie przeciążonym i niedostymulowanym.
Pomaga pytanie, co się dziś właściwie zużyło – ciało, uwaga, cierpliwość, kontakt z ludźmi – bo od tego zależy, co cię zregeneruje. Jeśli od miesięcy żaden wolny dzień nie przynosi ulgi, problem może leżeć w warunkach, do których wracasz, a nie w sposobie odpoczywania. Wtedy warto porozmawiać z kimś, kto zna ADHD u dorosłych.
Jeśli też znasz sobotę w zawieszeniu
Na Discordzie są ludzie, którzy znają wieczory z telefonem w ręce i niedziele w piżamie do siedemnastej. Bez rozliczania się i bez „weź się w garść”.